Bezsenne Środy: „Inkub” Artur Urbanowicz – patronacka recenzja PRZEDPREMIEROWA

W Jodoziorach na Suwalszczyźnie już dawno temu rozpanoszyło się zło w powieści „Inkub” Artura Urbanowicza.

W mitologii i legendach inkubami nazywa się istoty rodzaju męskiego, demony bardziej i mniej złośliwe, które omamiają kobiety, przybywają we śnie, by je uwieść i oddać się seksualnym praktykom. Opętują umysły, opętują członki, zdają się być częścią uwiedzionej ofiary, stają się jej nieodłącznym towarzyszem, powoli wysysając duszę, pożerając ciało. Odmienne w formie pojawiają się jednak z każdej kulturze, dookoła świata. Z inkubami nigdy nie wiadomo, ale jednego można być pewnym – pakt z taką istotą to cyrograf podpisany krwią i jak każdy demon wymaga poświęcenie.

Jodoziory na Suwalszczyźnie. Niewielka wioska, zaledwie kilka domów, a to właśnie tam odnalezione zostają spopielone zwłoki starszego małżeństwa. Jakby tego było mało, z nieznanych przyczyn wali się sam dom, sąsiedzi nic nie wiedzą, nic nie widzieli, a wokół wioski krążą pogłoski o przekleństwie, o nawiedzeniu. Niektórzy szepczą nawet, że mieszkała tu kiedyś czarownica, a jeden z domów jest nawiedzony. To nie koniec niewyjaśnionych wydarzeń, to nie koniec niefortunnych zbiegów okoliczności. Tajemnicami wioski zaczyna interesować się jeden z policjantów oddelegowany do Jodozior z Suwałk, niejaki Vitek. Siły dobra i zła po raz kolejny staną w szranki, a odwieczny pojedynek zabierze niejedno życie.

W Jodoziorach rzeczywistość wygląda jak zaklęta w nieustającym koszmarze. Szarobure powietrze, nieustający deszcz, mrok, który snuje się po kątach. Szaleje tu elektronika, czas zdaje się pędzić swoimi prawami. Atmosfera jest jakby lepka, pleśniowa, zapyziała, a sama wioska zdaje się być otoczona jakimś kokonem, obezwładniona i sparaliżowana od wewnątrz. Tutaj zielone błyski pojawiają się ni stąd, ni zowąd, po nocach krążą cienie, a domy bywają zamknięte i zaczarowane. A mieszkańcy? Nabuzowani, nakręceni, naelektryzowani jakąś mocą, której nie rozumieją, ale czują podskórnie. Jedni mówią, że to rudy metali, ukryte głęboko pod ziemią prowadzą ku szaleństwu, inni widzą w tym rękę diabła. Jedno jest pewne – nad Jodoziorami ciemność ma swoje panowanie.

Artur Urbanowicz zdradził, że opowieść o nawiedzonej wiosce, o czarownicy, o dziwnym domu to nie tylko zmyślenie pisarza, to nie tylko wyobraźnia. Podobno gdzieś na Suwalszczyźnie jest takie miejsce, podobno ktoś słyszał o podobnych wydarzeniach. Nie powinno dziwić, że wszystko to daleko, za lasami, za jeziorami na wschodzie, gdzie jeszcze może istnieć zabobon, jeszcze można usłyszeć o praktykach, które gdzie indziej zostały już zapomniane. Także o legendach, których dzisiaj już nikt nie chce powtarzać tam, gdzie wszystkie tajemnice zastąpił betonowy las i labirynt świateł. W „Inkubie” ten świat powraca i atakuje znienacka – niby to współczesna opowieść, niby przeszłość nawet tu nie jest tak daleka, a jednak można mieć poczucie, że zagubiliśmy się gdzieś w czasoprzestrzeni, a z jej kątów i zakamarków zerka na nas odwieczne zło. Artur Urbanowicz coraz lepszy, coraz mocniejszy i… straszniejszy! A to lubimy.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo coś błyska, coś patrzy, coś czeka.

O.

*Zapraszam na filmik i na KONKURS! <3

Komentarze do: “Bezsenne Środy: „Inkub” Artur Urbanowicz – patronacka recenzja PRZEDPREMIEROWA

  1. Maniakalna napisał(a):

    Muszę przeczytać koniecznie po twojej recenzji. 🙂 Ale muszę zapisać tytuł gdzieś, bo… zawsze mylę „inkuba” z „sukkubem”. 😀

  2. Emi napisał(a):

    Najlepsza książka jaką przeczytałam w ostatnim czasie. Nie mogłam się oderwać. Świetna historia no i ten klimat… Cudo! Polecam

Dodaj komentarz